„Nie widzę innego rozwiązania” – odparł, zapytany przeze mnie, czy wierzy jeszcze we współistnienie Izraela i państwa Palestyna. Były palestyński minister i weteran rozmów pokojowych szybko uciął dyskusję, ewidentnie zirytowany tym, że wciąż zadaje się takie pytania.
Przyjechał tu, czyli na spotkanie poświęcone rozwiązaniu dwupaństwowemu, które francuskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zorganizowało w piątek 12 czerwca, bo, wbrew wszelkim przeciwnościom, na pohybel bombom i rakietom, trzeba niezmordowanie powtarzać, że pokój wymaga wzajemnego uznania Palestyny i Izraela. W przeciwnym razie co?
Palestyńczycy wrzucą Izraelczyków do morza?
Izraelczycy deportują Palestyńczyków do Egiptu, Libanu, Syrii i Jordanii?
Jeden z narodów wybije drugi, dopuszczając się prawdziwego ludobójstwa?
Na szczęście żaden z tych koszmarnych scenariuszy nie jest prawdopodobny. I choć idea państwa dwunarodowego wydaje się kusząca, jest po prostu nierealna, gdyż zarówno Palestyńczycy, jak i Izraelczycy pragną własnego państwa narodowego.
Współistnienie dwóch państw jest jedynym możliwym rozwiązaniem. Innego nie ma. Właśnie dlatego dziś znów wysuwa się na pierwszy plan – zbyt wolno, ale konsekwentnie. Hamas błędnie uznał, że storpedował je atakiem 7 października. Izraelska prawica i skrajna prawica chciały, by o nim zapomniano, bombardując w tym celu Gazę i terroryzując Zachodni Brzeg. Nie udało się.
Rozwiązanie, w które jeszcze niedawno tak niewielu chciało wierzyć, teraz zjednuje sobie poparcie nowych izraelskich i palestyńskich działaczy pokojowych. Coraz więcej państw, na czele z Francją, znów je promuje. Drugim powodem, dla którego utopia się odradza, jest fakt, że barbarzyństwo doprowadziło do impasu.
Przeprowadzona przez Hamas masakra nie dodała sił ani impetu palestyńskiemu ruchowi narodowemu. Wręcz przeciwnie – pogrążyła setki tysięcy rodzin w tragedii niewyobrażalnego okrucieństwa. A jak przedstawia się bilans Benjamina Netanjahu?
Sądził, że zdoła wykorzystać 7 października, by raz na zawsze wyeliminować Hamas, odzyskać kontrolę nad Gazą, pokonać sojuszników Iranu i obalić irański rząd. Hamas i Hezbollah przetrwały jednak osłabienie, wojna, którą Donald Trump planował błyskawicznie wygrać, nie doprowadziła do upadku reżimu, a Izrael skompromitował się w oczach świata.
Benjamin Netanjahu wcale nie okazał się lepszym strategiem niż Hamas. Co Izrael ma teraz począć z zapomnianymi i zubożałymi mieszkańcami Strefy Gazy, którzy żyją w pełnych szczurów ruinach? Czy naprawdę może uczynić z nich pokojówki i ratowników na „bliskowschodniej riwierze” Donalda Trumpa? Pytanie jest retoryczne. A co terroryści z izraelskiej skrajnej prawicy mają zrobić z rolnikami z Zachodniego Brzegu, których tak bardzo chcieliby przegonić?
Nie wiedzą, a splamieni krwią nieudolni przywódcy tych dwóch narodów nie mają im już nic do zaoferowania. Obaj są bankrutami. W zbliżających się wyborach w Izraelu i Palestynie wyłonieni zostaną nowi liderzy. Ich zadaniem będzie zmierzyć się z porażką ekstremizmu i wyjść z impasu tak, by utorować drogę do pokoju.
Izraelczycy i Palestyńczycy, ludzie dobrej woli, których Francja niedawno zgromadziła pod hasłem „Dwa narody, dwa państwa, jedna przyszłość”, to dziś zaledwie garstka utopistów. To jednak oni mają w rękach realne rozwiązanie. To im należy pomagać. Im zapewniać wsparcie międzynarodowe, przede wszystkim wsparcie Europy, która jest głównym partnerem handlowym Izraela i głównym źródłem finansowania Autonomii Palestyńskiej.
Zdjęcie: Musa Alzanoun @Pexels
