Czasu jest coraz mniej

Jest ich tylu, że trudno ich zliczyć. Tych, którzy oficjalnie ogłosili swoją kandydaturę, i tych potencjalnych, tych pewnych i tych przyczajonych – pretendentów do fotela prezydenckiego we Francji jest tak wielu, jakby naprawdę się umówili, by otworzyć skrajnej prawicy drogę do władzy.

Centryści i ekolodzy, socjaldemokraci i prawicowcy – wszyscy oni tak bardzo rozdrabniają dziś głosy demokratów, próbując zgarnąć je dla siebie, że wynik pierwszej tury jest do przewidzenia. W drugiej staną naprzeciw siebie Jean-Luc Mélenchon i Jordan Bardella lub Marine Le Pen, czyli skrajna lewica kontra skrajna prawica. Ponieważ Francja, podobnie jak reszta świata, w większości jest prawicowa, a wielu demokratów odmawia dokonania wyboru lub wręcz woli zablokować Francję Nieujarzmioną niż Zjednoczenie Narodowe, rezultat wydaje się przesądzony.

Skrajna prawica zwycięża. Donald Trump i Władimir Putin otwierają szampana. Nie wierzą własnemu szczęściu – nigdy nie kryli się z poparciem dla „patriotów” z europejskich państw demokratycznych. I to Francja! Jedyna potęga nuklearna w Unii! Jedyne państwo unijne wśród stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ! Współautorka koncepcji powojennego zjednoczenia Europy! Druga największa gospodarka Unii!

Ich marzenie się spełniło. Skrajna prawica zmniejszy o połowę francuski wkład do budżetu Unii, co doprowadzi do załamania całej instytucji, ponieważ pozostałe państwa członkowskie nie uzupełnią tej luki. Wręcz przeciwnie – będą zmuszone zmniejszyć swoje wpłaty. Ameryka pozbędzie się konkurenta gospodarczego, który stawiał ją w złym świetle. Rosja będzie swobodnie zwiększać naciski na całą Europę Środkową, aby odbudować utraconą strefę wpływów. Ukraina nie będzie miała już przy boku zjednoczonej Europy, która wspiera ją w potyczkach z Kremlem. Moskwa natomiast zacznie wywierać wpływ na cały kontynent, bo zabraknie mu ochrony Stanów Zjednoczonych i wspólnej obrony budowanej przez Unię.

Jak na ironię, ci tak zwani „patrioci” czynią z Francji narzędzie w rękach dwóch wrogich mocarstw. Poniżają ją, a jednocześnie niszczą media publiczne, by oddać je w ręce zaprzyjaźnionych potentatów. Zdradzają też swoich najuboższych wyborców: wracając do źródeł swojej ideologii, drastycznie ograniczają zabezpieczenia społeczne i usługi publiczne.

Właśnie na to się zanosi. Właśnie to wkrótce się ziści, jeżeli demokraci nie wezmą się w garść – wszyscy, niezależnie od pozycji na politycznym spektrum. Tymczasem każda frakcja i podfrakcja francuskich demokratów chce mieć własnego kandydata i liczy na zwycięstwo nad pozostałymi, tracąc z oczu wspólnego wroga.

Jak to wyjaśnić?

Po części winne jest ego tych, którym trudno jest przyznać, że nie każdy może być generałem de Gaulle’em. Mit męża opatrznościowego wraca bowiem we Francji przy okazji każdego kryzysu.

A Francja właśnie przechodzi kryzys. Żyje bowiem ponad stan, traci pozycję w Afryce, a Niemcy przymierzają się do zdetronizowania jej jako czołowej potęgi militarnej Unii. Francja nie może już grać kartą gaullistowskiej niezależności między Waszyngtonem a Moskwą. Przyszłość jej kluczowych sektorów zależy od umocnienia europejskiej polityki przemysłowej.

Podczas gdy Europa poparła francuską inicjatywę wspólnej obrony i autonomii strategicznej, Francuzi czują się zdezorientowani i zagubieni. Europa przemawia głosem Francji. Zamiast jednak czerpać z tego siłę i dumę, Francuzi wahają się przed przyjęciem roli, jaką oferuje im ten spektakularny sukces polityczny, owoc długotrwałych wysiłków. Choć może to wydawać się zaskakujące, Francuzi nie kwapią się do tego, by zostać twórcami europejskiego odrodzenia, a w przyszłości – przewodnikami Europy.

Oscylują bowiem pomiędzy tożsamością historyczną, czyli poczuciem wyjątkowości graniczącym z arogancją, a uznaniem tożsamości europejskiej. To ona jest jednak projektem o wiele ambitniejszym i zgodnym z narodową historią, ponieważ nawiązuje do czasów, kiedy to Francja wiodła Europę ku nowym horyzontom.

W nadchodzących wyborach prezydenckich skonfrontują się dwie Francje: Francja przeszłości – kraj uwięziony w historii, w którym skrajna prawica i skrajna lewica są leciwe i zaczynają bredzić – oraz Francja przyszłości, która dzielnie podejmuje wyzwanie odnowy i toruje drogę do stworzenia potęgi europejskiej. Wie bowiem, że w przeciwnym razie czeka ją tylko skansen utraconej wielkości. Tragedia tej Francji przyszłości polega na tym, że jej zwolennicy wciąż dopatrują się w swoim gronie rozłamów – między burżuazją a proletariatem, prawicą a lewicą, przedsiębiorcami a zwolennikami redystrybucji. Tymczasem lewica już dawno zaczęła bronić przedsiębiorstw, a prawica uznała system zabezpieczeń społecznych. Dziś obie strony sceny politycznej muszą razem chronić nas przed chińskim dumpingiem, rewanżystowską polityką Putina i rozpadem solidarności atlantyckiej. Podobnie jak cała Europa, Francja potrzebuje wielkiej partii demokratycznej, partii oświecenia, sprawiedliwości społecznej i innowacji, partii opowiadającej się za zjednoczoną Europą i przeciwko imperiom, które chcą jej podziału. Jeszcze jest na to czas. Tak jak w Londynie i Berlinie, w Paryżu też jest go jednak coraz mniej.

To ostatni tekst przed przerwą wakacyjną. „Guetta w poniedziałek” wraca w ostatni poniedziałek sierpnia.

Zdjęcie: Lorie Shaull

Français Română Русский Deutsch

Czasu jest coraz mniej

Jest ich tylu, że trudno ich zliczyć. Tych, którzy oficjalnie ogłosili swoją kandydaturę, i tych potencjalnych, tych pewnych i tych przyczajonych – pretendentów do fotela prezydenckiego we Francji jest tak wielu, jakby naprawdę się umówili, by otworzyć skrajnej prawicy drogę do władzy.

Centryści i ekolodzy, socjaldemokraci i prawicowcy – wszyscy oni tak bardzo rozdrabniają dziś głosy demokratów, próbując zgarnąć je dla siebie, że wynik pierwszej tury jest do przewidzenia. W drugiej staną naprzeciw siebie Jean-Luc Mélenchon i Jordan Bardella lub Marine Le Pen, czyli skrajna lewica kontra skrajna prawica. Ponieważ Francja, podobnie jak reszta świata, w większości jest prawicowa, a wielu demokratów odmawia dokonania wyboru lub wręcz woli zablokować Francję Nieujarzmioną niż Zjednoczenie Narodowe, rezultat wydaje się przesądzony.

Skrajna prawica zwycięża. Donald Trump i Władimir Putin otwierają szampana. Nie wierzą własnemu szczęściu – nigdy nie kryli się z poparciem dla „patriotów” z europejskich państw demokratycznych. I to Francja! Jedyna potęga nuklearna w Unii! Jedyne państwo unijne wśród stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ! Współautorka koncepcji powojennego zjednoczenia Europy! Druga największa gospodarka Unii!

Ich marzenie się spełniło. Skrajna prawica zmniejszy o połowę francuski wkład do budżetu Unii, co doprowadzi do załamania całej instytucji, ponieważ pozostałe państwa członkowskie nie uzupełnią tej luki. Wręcz przeciwnie – będą zmuszone zmniejszyć swoje wpłaty. Ameryka pozbędzie się konkurenta gospodarczego, który stawiał ją w złym świetle. Rosja będzie swobodnie zwiększać naciski na całą Europę Środkową, aby odbudować utraconą strefę wpływów. Ukraina nie będzie miała już przy boku zjednoczonej Europy, która wspiera ją w potyczkach z Kremlem. Moskwa natomiast zacznie wywierać wpływ na cały kontynent, bo zabraknie mu ochrony Stanów Zjednoczonych i wspólnej obrony budowanej przez Unię.

Jak na ironię, ci tak zwani „patrioci” czynią z Francji narzędzie w rękach dwóch wrogich mocarstw. Poniżają ją, a jednocześnie niszczą media publiczne, by oddać je w ręce zaprzyjaźnionych potentatów. Zdradzają też swoich najuboższych wyborców: wracając do źródeł swojej ideologii, drastycznie ograniczają zabezpieczenia społeczne i usługi publiczne.

Właśnie na to się zanosi. Właśnie to wkrótce się ziści, jeżeli demokraci nie wezmą się w garść – wszyscy, niezależnie od pozycji na politycznym spektrum. Tymczasem każda frakcja i podfrakcja francuskich demokratów chce mieć własnego kandydata i liczy na zwycięstwo nad pozostałymi, tracąc z oczu wspólnego wroga.

Jak to wyjaśnić?

Po części winne jest ego tych, którym trudno jest przyznać, że nie każdy może być generałem de Gaulle’em. Mit męża opatrznościowego wraca bowiem we Francji przy okazji każdego kryzysu.

A Francja właśnie przechodzi kryzys. Żyje bowiem ponad stan, traci pozycję w Afryce, a Niemcy przymierzają się do zdetronizowania jej jako czołowej potęgi militarnej Unii. Francja nie może już grać kartą gaullistowskiej niezależności między Waszyngtonem a Moskwą. Przyszłość jej kluczowych sektorów zależy od umocnienia europejskiej polityki przemysłowej.

Podczas gdy Europa poparła francuską inicjatywę wspólnej obrony i autonomii strategicznej, Francuzi czują się zdezorientowani i zagubieni. Europa przemawia głosem Francji. Zamiast jednak czerpać z tego siłę i dumę, Francuzi wahają się przed przyjęciem roli, jaką oferuje im ten spektakularny sukces polityczny, owoc długotrwałych wysiłków. Choć może to wydawać się zaskakujące, Francuzi nie kwapią się do tego, by zostać twórcami europejskiego odrodzenia, a w przyszłości – przewodnikami Europy.

Oscylują bowiem pomiędzy tożsamością historyczną, czyli poczuciem wyjątkowości graniczącym z arogancją, a uznaniem tożsamości europejskiej. To ona jest jednak projektem o wiele ambitniejszym i zgodnym z narodową historią, ponieważ nawiązuje do czasów, kiedy to Francja wiodła Europę ku nowym horyzontom.

W nadchodzących wyborach prezydenckich skonfrontują się dwie Francje: Francja przeszłości – kraj uwięziony w historii, w którym skrajna prawica i skrajna lewica są leciwe i zaczynają bredzić – oraz Francja przyszłości, która dzielnie podejmuje wyzwanie odnowy i toruje drogę do stworzenia potęgi europejskiej. Wie bowiem, że w przeciwnym razie czeka ją tylko skansen utraconej wielkości. Tragedia tej Francji przyszłości polega na tym, że jej zwolennicy wciąż dopatrują się w swoim gronie rozłamów – między burżuazją a proletariatem, prawicą a lewicą, przedsiębiorcami a zwolennikami redystrybucji. Tymczasem lewica już dawno zaczęła bronić przedsiębiorstw, a prawica uznała system zabezpieczeń społecznych. Dziś obie strony sceny politycznej muszą razem chronić nas przed chińskim dumpingiem, rewanżystowską polityką Putina i rozpadem solidarności atlantyckiej. Podobnie jak cała Europa, Francja potrzebuje wielkiej partii demokratycznej, partii oświecenia, sprawiedliwości społecznej i innowacji, partii opowiadającej się za zjednoczoną Europą i przeciwko imperiom, które chcą jej podziału. Jeszcze jest na to czas. Tak jak w Londynie i Berlinie, w Paryżu też jest go jednak coraz mniej.

To ostatni tekst przed przerwą wakacyjną. „Guetta w poniedziałek” wraca w ostatni poniedziałek sierpnia.

Zdjęcie: Lorie Shaull

Français Română Русский Deutsch