My też nie zapomnimy. Nie zapomnimy, panie prezydencie, jak nazwał nas pan „tchórzami” i odgrażał się, że zapamięta sobie naszą odmowę dołączenia do wojny u boku Stanów Zjednoczonych.
Nie zapomnimy, bo wściekłość i wulgarność pańskich deklaracji doskonale pokazuje, czym dla pana jesteśmy: nie sojusznikami, lecz sługami.
Z sojusznikami wspólnie ustala się działania. A przynajmniej się je z nimi konsultuje. Albo chociaż informuje się ich o decyzjach, które będą miały dla nich poważne konsekwencje. Tymczasem pan postawił nas przed faktem dokonanym. W kilka godzin Unia musiała ruszyć na pomoc Cyprowi, jednemu ze swoich państw członkowskich. Francja została zmuszona bezzwłocznie organizować wsparcie dla tych krajów Zatoki Perskiej, z którymi wiążą ją umowy obronne. Unijne gospodarki wkrótce odczują negatywne skutki gwałtownego wzrostu cen ropy. Tymczasem pan przypomniał sobie o naszym istnieniu dopiero w obliczu własnych trudności.
Ponieważ pan nie przewidział, że reżim irański może zablokować cieśninę Ormuz, nagle my, Europejczycy, mamy ją odblokowywać? Jak? W jaki sposób rozdzielając zadania? I ostatecznie w jakim celu? Nic pan o tym nie wspomniał i prawdopodobnie w ogóle to pana nie obchodzi. To był rozkaz i kropka, bez żadnej wzmianki o konsultacjach politycznych ani nawet o naradzie sztabów. Mieliśmy być posłuszni. Tyle że Europa nie jest oddziałem rekrutów, których można pogonić gwizdkiem.
Nasza odpowiedź brzmiała więc: „nie”. I to „nie” miało charakter przełomowy, bo podpisały się pod nim wszystkie państwa unijne, nawet te najbardziej proatlantyckie, nawet te, które należały niegdyś do Związku Radzieckiego i graniczą z Rosją. Nasze „nie” było spektakularne, ponieważ Unia jednogłośnie – i bezprecedensowo – zdystansowała się od Waszyngtonu, a ziemia się nie rozstąpiła.
„Będę pamiętał” – powiedział pan, dobitnie dając nam do zrozumienia, co to może oznaczać dla przyszłości NATO. Niech pan jednak pamięta też, że – jak się pan właśnie przekonał – nawet Stany Zjednoczone potrzebują sojuszników. Sojuszników tych należy zaś traktować jak równych sobie, a nie jak wasali. Proszę się nad tym zastanowić. Dokąd bowiem zaprowadzi pana pokusa wycofania się z Sojuszu Północnoatlantyckiego, który od tak dawna łączy Amerykanów i Europejczyków?
Niech się panu nawet nie śni, że zdoła pan rozbić Unię Europejską i razem z pańskim przyjacielem Putinem podzielić Europę na strefy wpływów amerykańskich i rosyjskich. Proszę przeanalizować ostatnie wydarzenia. I przypomnieć sobie, z jaką determinacją odwiedliśmy pana od pomysłu zaanektowania Grenlandii.
Kres NATO przyspieszyłby tylko tworzenie europejskiej obrony i powstanie Europy politycznej – siły równoważącej, której w XXI wieku potrzeba, aby uniknąć bezpośredniej konfrontacji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi.
Pracujemy nad tym. Działania są w toku. Jeśli jednak zniszczyłby pan NATO, wówczas to, co dziś chcemy w nim osiągnąć, stopniowo przekształcając sojusz w partnerstwo równych sobie Europy i Ameryki, musielibyśmy realizować samodzielnie.
Nie tego chcemy. Wręcz przeciwnie, wszyscy pragniemy wzmocnić nasz sojusz, ale jeśli pan zdecyduje się na działanie solo, proszę nie mieć złudzeń: poradzimy sobie bez pana. Zmusi nas do tego presja ze strony Rosji. W Azji i na innych kontynentach szybko znajdziemy nowych sojuszników wśród tych, których już dawno zniechęcił pan do Stanów Zjednoczonych. Proszę spojrzeć na koalicje, które przygotowujemy dla Ukrainy i Bliskiego Wschodu na okres powojenny. Pracujemy nad porozumieniami i bezpieczeństwem jutra. Bo gdy pan niszczy, my budujemy.
