To kraje, w których jeszcze niedawno jakakolwiek krytyka pod adresem Stanów Zjednoczonych byłaby nie do pomyślenia. Japonia i Korea Południowa, całkowicie zależne od amerykańskiej ochrony przed Koreą Północną i Chinami, pozostawały Waszyngtonowi bezwarunkowo posłuszne, tak jak onegdaj Niemcy czy Polska.
Sytuacja uległa diametralnej zmianie, co może okazać się zalążkiem nowego światowego porządku.
I nie chodzi tylko o to, że Seul i Tokio zwiększają budżet na obronność. Ani o to, że Koreańczycy i Japończycy zdają sobie sprawę – podobnie jak Niemcy i Polacy – że muszą sami zapewnić sobie obronę. Wojna w Iranie podważyła też ich wiarę w transpacyficznego sojusznika.
Nie mówią tego wprost. Ich wypowiedzi są dość ogólnikowe, ale przekaz skierowany do delegacji Parlamentu Europejskiego, która w zeszłym tygodniu odwiedziła Koreę i Japonię, był jasny. Po pierwsze, Seul i Tokio są zaniepokojone amerykańskimi groźbami wycofania się z NATO. W przyszłości precedens ten mógłby bowiem skłonić Stany Zjednoczone do powzięcia podobnych kroków wobec swoich azjatyckich sojuszników.
Zarówno Japończycy, jak i Koreańczycy obawiają się również, że Donald Trump chce zawrzeć z Xi Jinpingiem kompromis, który zapewniłby Chinom i Stanom Zjednoczonym długotrwałą dominację. Oznaczałoby to poświęcenie Tajwanu, który Pekin podporządkowałby sobie bez konieczności najazdu. Wszystko rzecz jasna odbyłoby się kosztem Japonii i Korei – podobnie jak porozumienie między Białym Domem a Kremlem, gdzie poszkodowana byłaby Ukraina wraz z całą resztą Europy.
Obawy te wzbudził już ponowny wybór Donalda Trumpa na prezydenta, natomiast wojna z Iranem bardzo mocno je podsyciła. Ponieważ przez cieśninę Ormuz transportowane jest ponad sześćdziesiąt procent ropy do Korei i Japonii, kraje te znalazły się w trudnym położeniu. A wszystko z winy sojusznika, który nawet nie poinformował ich o swoich zamiarach, o żadnych konsultacjach nie wspominając. Teraz za to wywiera na Koreę i Japonię naciski, by wraz z Europejczykami ponownie odblokowały cieśninę.
Gdy wspomniałem o amerykańskich roszczeniach, jeden z polityków rządzącej obecnie Japonią koalicji prawicowej skwitował to śmiechem. Kiedy innego polityka zapytałem, czy jego zdaniem Stany Zjednoczone stanowią obecnie siłę stabilizującą czy destabilizującą, odparł, że Europejczycy i Japończycy muszą zrobić, co w ich mocy, by przekonać Stany do stania po stronie stabilizacji – innymi słowy tam, gdzie dziś już nie są.
Owszem, Koreańczycy i Japończycy nie mogą wybaczyć Stanom Zjednoczonym, że rozpętawszy niespodziewaną wojnę, zahamowały ich rozwój gospodarczy. Bulwersuje ich jednak przede wszystkim dyletantyzm, jakim wykazały się amerykańskie władze.
To klasyczny kryzys zaufania. Wcale nie przejściowy, lecz równie głęboki, jak kryzys, który w Europie wywołały amerykańskie próby zaanektowania Grenlandii. Oraz kryzysy w monarchiach naftowych, po tym, jak Ameryka nie była w stanie ochronić ich przed nieprzewidzianym przez Donalda Trumpa odwetem Iranu.
W krajach, gdzie Amerykanie jeszcze wczoraj czuli się jak u siebie, zupełnie stracili zaufanie. Czy jednak ich nieprzewidywalność naprawdę utoruje drogę do utworzenia „koalicji państw niezależnych”, o co w zeszłym tygodniu apelował Emmanuel Macron najpierw w Tokio, a potem w Seulu?
Na razie sprawa nie jest przesądzona. Kanada jest gotowa, Brazylia i Indie mogłyby się przyłączyć, Wielka Brytania stopniowo przekonuje się do pomysłu, ale – podobnie jak niedawno Polska – Koreańczycy i Japończycy nie chcą przyspieszać oddalenia od Stanów Zjednoczonych. Jeszcze się z tym nie pogodzili. Zachowują ostrożność: zbliżają się do Europy, grzecznie pozostając jednak na uboczu. To właśnie na ziemi przeoranej ekscesami Trumpa prezydent Francji, Europejczyk, zasiał ziarno nowego porządku światowego i wytyczył, jak to nazwał, „trzecią drogę” między Chinami a Stanami Zjednoczonymi.

