Śmierci tyrana się nie opłakuje – ją się świętuje. W sobotę wieczorem naturalnie myśleliśmy więc o radości Irańczyków, o dziesiątkach tysięcy opozycjonistów, więźniów i demonstrantów, których „najwyższy przywódca” zlecił zamordować, o tysiącu pięciuset osobach, które tylko w zeszłym roku kazał powiesić, o Mahsie Amini, pobitej na śmierć za nieprawidłowe noszenie chusty, o stworzonym przez reżim tyrana dżihadyzmie i o wszystkich ofiarach zamachów, które zorganizował na całym świecie. A mimo to…
Skąd ten niepokój, od którego nie możemy się uwolnić?
Czy wynika on z faktu, że Alego Chameneiego pozbyliśmy się dzięki człowiekowi, któremu obce są wartości demokratyczne i który ma nadzieję wyciągnąć z tego polityczne korzyści? Nie, bynajmniej – tak jak niedorzecznie byłoby żałować, że do upadku Hitlera walnie przyczynił się ZSRR, absurdem byłoby ubolewać, że irański dyktator padł pod naporem Ameryki, nawet Ameryki pod rządami Trumpa.
Czy należy zatem obawiać się „politycznej pustki” po śmierci dyktatora i „chaosu regionalnego”, który może ona wywołać? Nie, ponieważ wtedy musielibyśmy życzyć sobie, żeby dyktatury Władimira Putina czy Xi Jinpinga trwały wiecznie. Każda gwałtowna zmiana przynosi niestabilność, co nie oznacza, że status quo jest pożądane. Czego więc trzeba się teraz obawiać?
Irański reżim nadal ma broń, ale za mało, by naprawdę doprowadzić do pożogi w Zatoce Perskiej. W przeważającej mierze sunnicki świat arabski nie zerwie się w obronie dyktatury szyitów, która traci na znaczeniu, a w dodatku zrzuca na niego bomby. Nie da się jednak wykluczyć, że w granicach Iranu nostalgiczni apologeci Chameneiego będą próbowali siłą utrzymać władzę. Może polać się krew, ale różne nurty reżimu będą taktycznie zawierać nowe sojusze. Najbardziej zatwardziali pozostaną w izolacji, a całkowity chaos, jakim jest porządek zamrożony strachem, zastąpi twórczy ferment.
A może, zgodnie z inną hipotezą, to dążenia niepodległościowe mniejszości etnicznych i religijnych z peryferii Iranu doprowadzą do przesunięcia granic na całym Bliskim Wschodzie?
Niewykluczone, ale nawet gdyby tak się stało, nie należy zrzucać tego na karb śmierci Alego Chameneiego. Prawdziwe powody byłyby inne: upadek ogromnego imperium osmańskiego; strategia francuskich i brytyjskich kolonizatorów, którzy odmówili Kurdom prawa do własnego państwa i doprowadzili do powstania wielonarodowego tworu, wzmacniając swoją dominację w regionie; zimna wojna, która tymczasowo usztywniła sztuczne granice, oraz upadek Związku Radzieckiego, który rozbudził mnóstwo uśpionych konfliktów na Bliskim Wschodzie i poza nim – krótko mówiąc, winę ponosiłby cały XX wiek.
Nie, cień na tę radość rzuca coś innego. Problematyczne jest to, że bombardowania i zabójstwo przywódcy ostatecznie pogrzebały prawo międzynarodowe.
Donald Trump może powoływać się na „bezpośrednie zagrożenie”, jakie Islamska Republika Iranu rzekomo stwarza dla Stanów Zjednoczonych. Nie ma jednak powodów, by mu wierzyć. Zdecydował się na interwencję, ponieważ naciskali na to jego sojusznicy z Izraela i Arabii Saudyjskiej, a izraelskie i amerykańskie służby wywiadowcze poinformowały go o nadarzającej się okazji do ataku: w sobotę rano miało odbyć się spotkanie najwyższych przywódców irańskich, w tym Chameneiego. Trump chciał też przerwać kilkumiesięczne pasmo swoich porażek, przypisując sobie zasługę obalenia jednoznacznie złej dyktatury.
Donald Trump uderzył w Iran, ponieważ widział w tym własną korzyść. Władimir Putin może teraz udawać, że sprzeciwia się „cynicznemu naruszeniu prawa międzynarodowego”, aby zrelatywizować własną agresję wobec Ukrainy. Nikt nie da się na to nabrać, ale wniosek jest jasny: zarówno Biały Dom, jak i Kreml promują obecnie prawo silniejszego. Powojenne interludium zakończyło się na irańskim niebie. I nie ma się z czego cieszyć.
Zdjęcie: Mohammed Barno/Avash Media
