Choć pytanie może zabrzmieć niestosownie, warto je zadać. Komu powinniśmy życzyć porażki? Reżimowi irańskiemu czy Donaldowi Trumpowi?
Islamska Republika Iranu pochłonęła tyle ofiar i była kolebką tylu terrorystów, że zdestabilizowała cały Bliski Wschód i siała terror we wszystkich zakątkach świata. Reżim uparcie dążył do zdobycia broni jądrowej, zrujnował własny kraj i w pełni zasłużył na nienawiść Irańczyków. Wszystko to sprawia, że trudno nie życzyć mu upadku.
Im wcześniej do niego dojdzie, tym lepiej. Gdyby jednak Donald Trump mógł szczycić się obaleniem dyktatury, nie mielibyśmy wyłącznie powodów do radości.
Choć teraz prezydent traci poparcie w sondażach, dzięki zwycięstwu – co wcale nie jest wykluczone – zachowałby większość w Senacie, a być może nawet w obu izbach. Triumf uciszyłby demokratów i tych republikanów, którzy zarzucają mu wciągnięcie Ameryki w nową wojnę. „Sami widzicie: wcale nie trwała tak długo. I było warto” – stwierdziłby. „Miałem rację, wbrew wszelkim protestom” – powtarzałby. Jednocześnie na długo przed listopadowymi wyborami połówkowymi paliwo by staniało, a obawy gospodarcze osłabły zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na całym świecie.
Donald Trump odzyskałby kontrolę i, umocniwszy swoją pozycję w kraju, ponownie przeszedł do ofensywy na co najmniej pięciu frontach.
Podobnie jak zeszłego lata próbowałby zmusić Ukrainę, by oddała Rosji część Donbasu, do której Moskwa rości sobie prawa, choć nie zdołała przejąć jej siłą. Ułatwiając zawarcie zawieszenia broni wzdłuż linii frontu, Donald Trump nie byłby orędownikiem trwałego pokoju. Aby zmusić Ukraińców do kapitulacji, której domaga się Kreml, zagroziłby im odcięciem od informacji amerykańskiego wywiadu.
W ramach sojuszu skierowanego przeciwko Europejczykom zbliżyłby się do Kremla. Prezydent uważa bowiem, że Unia została stworzona, by „wykiwać Stany Zjednoczone”. Za wszelką cenę chce ją więc rozbić, osłabiając jej pozycję wobec Putina. Trump postrzega Unię jako konkurentkę gospodarczą i polityczną, której nie pozwoli się wzmocnić. Putin zaś widzi w niej przeszkodę w odbudowie imperium carów. Dla obu Ukraina musi przegrać tę wojnę, aby Stany Zjednoczone i Rosja mogły podzielić Europę na swoje strefy wpływów.
Drugim frontem, na którym Donald Trump szybko by się uaktywnił, jest Grenlandia, gdyż wcale nie zrezygnował z jej aneksji.
Już teraz wznowił działania na trzecim froncie, czyli w wojnie handlowej z Europą. Według Trumpa Unia ma być rynkiem podzielonym, a nie partnerem politycznym, z którym można negocjować na równych prawach.
Na czwartym froncie Donald Trump zacząłby jeszcze zacieklej dążyć do zniszczenia NATO, podważając wiarygodność sojuszu, co ułatwiłoby Rosji zwiększenie nacisków na Europę.
Piąty front, na którym walczyłby bez opamiętania, to wewnętrzne instytucje kontroli władzy, czyli prasa i sądownictwo, które atakowałby z jeszcze większą siłą.
Liczne wyzwania dla Europy i regres amerykańskiej demokracji – potencjalne zwycięstwo Donalda Trumpa w Iranie budzi wiele obaw. Upadek tego reżimu jest jednak kluczowy dla losu 90 milionów Irańczyków, dla nieproliferacji broni jądrowej oraz dla stabilności strategicznego regionu. Nie możemy więc pozostać biernymi obserwatorami. Trzeba przygotować się na oba scenariusze. W tym celu musimy wzmocnić nasze systemy obronne, nawiązać nowe sojusze na całym świecie i ugruntować pozycję Europy jako potęgi politycznej. I to bezzwłocznie.
Ilustracja: Kamea z sardoniksem przedstawiająca klęskę cesarza rzymskiego Waleriana (panującego w latach 253–260 n.e.) z rąk króla perskiego Szapura. ok. 260 r. n.e. (Cabinet des Médailles, Biblioteka Narodowa, Paryż)

