Ta chwila zapisze się w annałach historii. Ustawieni za równym rządkiem mikrofonów kanclerz Niemiec, prezydent Francji oraz premierzy Włoch i Wielkiej Brytanii wyjaśniali swoją inicjatywę dotyczącą cieśniny Ormuz. W ubiegły piątek nad zagadnieniem tym debatowali bowiem przedstawiciele prawie pięćdziesięciu krajów.
Zupełnie jakby Wielka Brytania nigdy nie wyszła z Unii, Niemcy i Francja wymazały wszelkie rozbieżności, a Włochy przestały same grać amerykańską kartą. Cztery największe gospodarki Starego Kontynentu zdecydowanie potwierdziły kierunek polityki europejskiej. Ponadto Indonezja i Japonia, Ukraina i Arabia Saudyjska, Singapur, a nawet Indie i Australia – ćwierć wszystkich państw świata stanęło tego dnia ramię w ramię z Europą, zobowiązując się do zapewnienia swobodnego przepływu w strategicznej cieśninie Ormuz.
Owszem, omawiane na spotkaniu rozwiązania polityczne nie są na teraz, bo włączanie się do panującego zamieszania byłoby daremne – chodzi o przyszłość, kiedy strzały już ucichną. Paryski szczyt był jednak tym bardziej istotny, że w piątek Europejczycy nakreślili de facto porządek międzynarodowy, którym chcieliby zastąpić światowy chaos wywołany przez Donalda Trumpa.
Amerykański prezydent tak bardzo osłabił wiarę w rodzimą potęgę, że ani kraje Zatoki Perskiej, ani Azja, ani Europa nie ufają już Stanom Zjednoczonym – a świat nie ma teraz policjanta, ani dobrego, ani złego. Nawet kraje Zatoki Perskiej, odkąd najpotężniejsza armia świata nie zdołała ustrzec ich od skutków wojny wypowiedzianej Iranowi, nie chcą dłużej polegać wyłącznie na ochronie amerykańskiej. Monarchie naftowe dążą do ustanowienia nowej równowagi – podobnie jak azjatyccy sojusznicy Stanów Zjednoczonych. Oni bowiem nie mogą wybaczyć Trumpowi, że rozpętał wojnę, nie zadbawszy o swobodę żeglugi w cieśninie Ormuz, przez którą transportowane jest ponad dwie trzecie ich dostaw energii.
Kraje Azji, z Japonią na czele, zastanawiają się, czy Donald Trump nie będzie wkrótce dążył do porozumienia z Chinami ich kosztem – dokładnie tak samo, jak próbuje układać się z Rosją kosztem Ukraińców i całej Europy.
Europejczycy natomiast byli świadkami powrotu wojny na swój kontynent po tym, jak Trump już podczas pierwszej kadencji dał do zrozumienia, że członkostwo w NATO nie gwarantuje już amerykańskiej ochrony nuklearnej. Zupełnie jakby Rosja poczuła, że może bezkarnie zaatakować Ukrainę, a Europejczycy zdali sobie sprawę, że Biały Dom rozważa wycofanie się z Sojuszu Północnoatlantyckiego, a nawet siłowe przyłączenie terytorium należącego do Danii.
Powstała ogromna przepaść, ale im bardziej się ona pogłębia, tym bardziej Europa stara się, krok po kroku, ugruntować swój status potęgi politycznej. Najpierw państwa członkowskie jednogłośnie postanowiły stworzyć wspólną obronę, której – z wyjątkiem Francji – przez długi czas były niechętne z obawy przed przyspieszeniem procesu oddalania się od Stanów Zjednoczonych.
Odblokowano środki finansowe i choć są niewystarczające, zwrot okazał udany to tego stopnia, że idea autonomii strategicznej wysunęła się na pierwszy plan. Europa jasno dała do zrozumienia, że zbrojnie przeciwstawi się wszelkim próbom przyłączenia Grenlandii. Chroniąc w ten sposób swoje granice, Unia samodzielnie przejmuje wsparcie dla Ukraińców. A kiedy Trump chciał narzucić Wołodymyrowi Zełenskiemu wymyślony przez Kreml plan kapitulacji i w tym przypadku Unia potrafiła się przeciwstawić, tworząc z inicjatywy Paryża i Londynu „koalicję chętnych” do obrony Ukrainy.
Właśnie dzięki tej koalicji w piątek udało się zgromadzić pięćdziesiąt państw wokół dyskusji na temat cieśniny Ormuz. Od lata zeszłego roku Unia Europejska stała się graczem na arenie międzynarodowej, a po zawarciu umowy z Mercosurem, nawiązuje kolejne porozumienia handlowe z Indiami i Australią. Niedawno złagodziła przepisy dotyczące konkurencji, aby sprzyjać konsolidacji przemysłowych gigantów, które zdołają stawić czoła Chinom i Ameryce. Od kilku miesięcy Francja stara się ze swojej siły uderzeniowej uczynić nowy parasol ochronny dla Europy. Obrona i przemysł, handel i porozumienia polityczne – Unia ewidentnie się wzmacnia i dąży do stworzenia sieci krajów, które zdołają przywrócić stabilność międzynarodową.
Czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. Instytucje europejskie nie są dostosowane do tej nowej sytuacji. Dopóki partie centrowe i socjaldemokratyczne nie uznają, że razem tworzą obóz demokracji, droga dla skrajnej prawicy pozostanie otwarta. Czas ucieka. Jest już późno. Ale jeśli nie Europa, to kto?
Zdjęcie: elysee.fr

