Ton nie jest już ten sam. Tym razem Donald Trump przysłał do Monachium sekretarza stanu Marca Rubio, człowieka z dyplomatyczną ogładą, który określił Stany Zjednoczone mianem „dziecka Europy” i wyraził chęć „ożywienia” sojuszu atlantyckiego raczej niż jego niszczenia. Dlaczego amerykański prezydent tak diametralnie zmienił taktykę?
Otóż wcale jej nie zmienił. Nie zrezygnował z prób rozbicia Unii Europejskiej, wyciągnął jednak wnioski z porażki, którą rok temu poniósł jego wiceprezydent, zaatakowawszy Europejczyków właśnie na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.
J.D. Vance sprawił, że Unia tylko zwarła szeregi. Za jednym zamachem pogłębił przepaść między dwoma brzegami Atlantyku do tego stopnia, że dziś znakomita większość Europejczyków nie uważa już Ameryki za sojuszniczkę. W ten sposób postawił skrajną prawicę – na której Ameryka Trumpa zamierzała się oprzeć – w niezręcznej sytuacji. Ale na tym nie koniec.
Późniejszymi próbami zmuszenia Ukrainy do kapitulacji i groźbą przyłączenia Grenlandii Donald Trump sprawił, że Unia Europejska, Wielka Brytania, Kanada i inne demokracje stworzyły wspólny front, przed którym już dwukrotnie musiał skapitulować.
Marco Rubio, bardziej wyważony i mniej antydemokratyczny niż J.D. Vance czy Elon Musk, był w stanie wyciągnąć rękę do Europy. Dokąd jednak udał się z Monachium?
Na Słowację i na Węgry, czyli do jedynych dwóch krajów Unii, które, podobnie jak Donald Trump, chcą narzucić Ukrainie przyjęcie rosyjskich warunków w zamian za przerwanie walk. W gruncie rzeczy nic się więc nie zmieniło. Dlaczego zatem Europejczycy tak głośno oklaskiwali Marca Rubio, który wyraźnie chciał im narzucić dogmaty ruchu MAGA?
Również w tym przypadku powód jest prosty. Europejczykom ulżyło, kiedy zobaczyli, że Biały Dom zamienił frontalny atak na stwierdzenie rozłamu między sojusznikami. Wcale nie ułatwi im to zadania. Pole manewru zyska natomiast skrajna prawica. Kurtuazja Marca Rubio może okazać się dla Donalda Trumpa znacznie skuteczniejsza niż brutalność J.D. Vance’a. Zmuszając Amerykę do zmiany taktyki, Europejczycy zyskali jednak na czasie.
Teraz, gdy Stany Zjednoczone wyraziły chęć ożywienia NATO, raczej nie opuszczą go z dnia na dzień i nie zamkną nagle parasola nuklearnego. Europa będzie mniej narażona na szybką utratę amerykańskiej ochrony i zdąży odpowiednio wzmocnić własną obronność. Stawiając skuteczny opór wobec ofensywy Trumpa, Europejczycy zyskali czas niezbędny do wypracowania kompromisów. Tylko dzięki nim Unia będzie bowiem w stanie odrodzić się jako potęga polityczna.
W tej chwili wszystko wrze. Nieustannie toczą się dyskusje na temat stopniowego rozszerzania Unii, zacieśnienia współpracy, objęcia francuską polityką odstraszania nuklearnego także innych krajów Unii czy utworzenia europejskiej Rady Bezpieczeństwa, w której zasiadałaby też Wielka Brytania. Debata dotyczy również przyszłości sojuszu atlantyckiego: Emmanuel Macron najwyraźniej nie wierzy już w NATO, podczas gdy Niemcy chciałyby je odbudować w oparciu o dwa filary, europejski i amerykański.
Różnice w ocenie sytuacji między partnerami europejskimi widać wyraźnie. Nie są to jednak głębokie rozbieżności, o czym świadczy uderzająca jednomyślność w kwestiach zasadniczych, jaką państwa Unii pokazały w Monachium.
Wszyscy, łącznie z Brytyjczykami, są zgodni co do tego, że Europa musi jak najszybciej osiągnąć zdolność do samodzielnej obrony. Nikt nie chce pozwolić Trumpowi na przesunięcie granic Europy. Odnośnie do trwałości NATO – wszyscy wiedzą, że ostatecznego rozstrzygnięcia dokonają Stany Zjednoczone, a nie Europa. Zanim to jednak nastąpi, Unia Europejska będzie miała szansę na wypracowanie wspólnej obronności.
Zdjęcie: US Department of State
