Kaprysy Trumpa, siła Europy

Dopiero co zarzucaliśmy jej, że jest nadaktywna, a dziś – że nie potrafi podjąć wyzwania. „Gdzie jest Unia Europejska? Co robi? Wiwat podziały!” – słyszymy zewsząd, teraz, kiedy Europejczycy czują się zagrożeni przez Putina, zszokowani widokiem rozlewu krwi w Iranie, zaniepokojeni regresem prawa międzynarodowego i nieustannie prowokowani przez Donalda Trumpa, który, pod wpływem najnowszego kaprysu, za pomocą ceł próbuje wymusić na nas akceptację przyłączenia Grenlandii do USA.

I choć dawniej to sami Europejczycy w większości kategorycznie sprzeciwiali się uczynieniu z Unii potęgi politycznej i wojskowej, nagle domagają się, żeby siłą dorównywała państwu federalnemu. Chcieliby Stanów Zjednoczonych Europy, mimo że przez długi czas uparcie ten pomysł zwalczali.

Wczorajszym atlantystom można przypomnieć, że sami zablokowali wspólną obronę, eurosceptykom, że to z ich powodu unia polityczna wciąż pozostaje w fazie projektu, Brytyjczykom, że przystąpili do Unii tylko po to, aby torpedować jej umocnienie, a potem z niej wystąpić, a Francuzom, że to oni w 1954 roku odrzucili Europejską Wspólnotę Obronną, dzięki której można by od razu powołać wspólnotę polityczną.

Na błędach przeszłości można by się wiele nauczyć. Teraz nie to jest jednak najpilniejsze.

Obecnie priorytetem jest to, żebyśmy wreszcie zaczęli się cenić.

Zdołaliśmy przecież zareagować na osłabienie NATO przez Donalda Trumpa i na wkroczenie Władimira Putina do Ukrainy, tworząc podstawy wspólnej obrony. Ciągle brakuje nam wystarczających inwestycji finansowych i determinacji, ale podwaliny zostały położone: udało nam się uzbroić (nie dość, ale jednak) Ukrainę, zapewnić jej finansowanie, zadłużyć się, by pożyczyć jej 90 miliardów euro i stanąć po jej stronie, gdy latem ubiegłego roku Biały Dom usiłował narzucić jej wymarzoną przez Kreml kapitulację.

To dzięki natychmiastowej mobilizacji 25 z 27 krajów Unii Europejskiej wspieranych przez Wielką Brytanię, Kanadę, Norwegię i Australię Ukraińcy nie ulegli rosyjsko-amerykańskim naciskom. Właśnie ten sukces należy podkreślać, a nie skupiać się na fakcie, zupełnie drugorzędnym, że teraz Czechy, podobnie jak wcześniej Węgiery i Słowacja, podporządkowały się Kremlowi.

Mimo ogromnego opóźnienia spowodowanego zaślepieniem nacjonalistów, atlantystów i eurosceptyków zdołaliśmy narzucić Donaldowi Trumpowi równowagę sił. Udało nam się to, ponieważ gospodarka amerykańska, z branżą zaawansowanych technologii na czele, nie może obejść się bez 450 milionów konsumentów wspólnego europejskiego rynku. W przypadku wojny handlowej Stany Zjednoczone miałyby do stracenia tyle samo, co my, a może i więcej.

Nawet Donald Trump powinien wiedzieć, gdzie przebiega nieprzekraczalna granica: jeśli rozsadzi Sojusz Północnoatlantycki albo pozbawi Ukrainę amerykańskich danych wywiadowczych, całkowicie skompromituje Stany Zjednoczone, tracąc zaufanie wszystkich sojuszników, przede wszystkim azjatyckich.

Nawet bez wspólnej obrony oraz instytucji zdolnych sprostać dzisiejszym wyzwaniom Unia Europejska jest Stanom niezbędna. Od wojny secesyjnej nigdy bowiem nie były one tak podzielone, podczas gdy Europa nigdy, również za czasów Cesarstwa Rzymskiego, nie była bardziej zjednoczona.

Biały Dom nie może tego lekceważyć. Właśnie dlatego wysłanie na Grenlandię europejskich żołnierzy, nawet garstki, liczy się znacznie bardziej, niż mogłoby się wydawać. Oznacza bowiem, że jesteśmy gotowi z bronią w ręku strzec suwerenności europejskiego terytorium przed próbami aneksji siłowej.

Przesłanie jest tak jasne, że Donald Trump wolał wrócić do straszenia cłami. W obliczu rychłych wyborów połówkowych, spadku poparcia w sondażach i faktu, że 83% Amerykanów nie zgodziłoby się nawet na zakup Grenlandii, Trump nie jest gotów zaryzykować zbrojnej konfrontacji z europejskimi sojusznikami Ameryki.

Unia Europejska musi być znacznie bardziej aktywna.

Nie powinna się reformować, lecz wymyślać się na nowo.

Pracy jest mnóstwo, ale przestańmy koncentrować się tylko na słabościach i lekceważyć nasze mocne strony. Przestańmy wieszczyć, że zwycięstwo Zjednoczenia Narodowego we Francji i AfD w Niemczech jest nieuniknione. Przestańmy mówić, że wszystko już pozamiatane, skoro zamiast ugiąć się pod ciężarem tak wielu wyzwań, ciągle się wzmacniamy – owszem, może nie wystarczająco – ale znacznie bardziej, niż nam się wydaje.

Zdjęcie: Polina Tankilevitch

English Français Deutsch

Kaprysy Trumpa, siła Europy

Dopiero co zarzucaliśmy jej, że jest nadaktywna, a dziś – że nie potrafi podjąć wyzwania. „Gdzie jest Unia Europejska? Co robi? Wiwat podziały!” – słyszymy zewsząd, teraz, kiedy Europejczycy czują się zagrożeni przez Putina, zszokowani widokiem rozlewu krwi w Iranie, zaniepokojeni regresem prawa międzynarodowego i nieustannie prowokowani przez Donalda Trumpa, który, pod wpływem najnowszego kaprysu, za pomocą ceł próbuje wymusić na nas akceptację przyłączenia Grenlandii do USA.

I choć dawniej to sami Europejczycy w większości kategorycznie sprzeciwiali się uczynieniu z Unii potęgi politycznej i wojskowej, nagle domagają się, żeby siłą dorównywała państwu federalnemu. Chcieliby Stanów Zjednoczonych Europy, mimo że przez długi czas uparcie ten pomysł zwalczali.

Wczorajszym atlantystom można przypomnieć, że sami zablokowali wspólną obronę, eurosceptykom, że to z ich powodu unia polityczna wciąż pozostaje w fazie projektu, Brytyjczykom, że przystąpili do Unii tylko po to, aby torpedować jej umocnienie, a potem z niej wystąpić, a Francuzom, że to oni w 1954 roku odrzucili Europejską Wspólnotę Obronną, dzięki której można by od razu powołać wspólnotę polityczną.

Na błędach przeszłości można by się wiele nauczyć. Teraz nie to jest jednak najpilniejsze.

Obecnie priorytetem jest to, żebyśmy wreszcie zaczęli się cenić.

Zdołaliśmy przecież zareagować na osłabienie NATO przez Donalda Trumpa i na wkroczenie Władimira Putina do Ukrainy, tworząc podstawy wspólnej obrony. Ciągle brakuje nam wystarczających inwestycji finansowych i determinacji, ale podwaliny zostały położone: udało nam się uzbroić (nie dość, ale jednak) Ukrainę, zapewnić jej finansowanie, zadłużyć się, by pożyczyć jej 90 miliardów euro i stanąć po jej stronie, gdy latem ubiegłego roku Biały Dom usiłował narzucić jej wymarzoną przez Kreml kapitulację.

To dzięki natychmiastowej mobilizacji 25 z 27 krajów Unii Europejskiej wspieranych przez Wielką Brytanię, Kanadę, Norwegię i Australię Ukraińcy nie ulegli rosyjsko-amerykańskim naciskom. Właśnie ten sukces należy podkreślać, a nie skupiać się na fakcie, zupełnie drugorzędnym, że teraz Czechy, podobnie jak wcześniej Węgiery i Słowacja, podporządkowały się Kremlowi.

Mimo ogromnego opóźnienia spowodowanego zaślepieniem nacjonalistów, atlantystów i eurosceptyków zdołaliśmy narzucić Donaldowi Trumpowi równowagę sił. Udało nam się to, ponieważ gospodarka amerykańska, z branżą zaawansowanych technologii na czele, nie może obejść się bez 450 milionów konsumentów wspólnego europejskiego rynku. W przypadku wojny handlowej Stany Zjednoczone miałyby do stracenia tyle samo, co my, a może i więcej.

Nawet Donald Trump powinien wiedzieć, gdzie przebiega nieprzekraczalna granica: jeśli rozsadzi Sojusz Północnoatlantycki albo pozbawi Ukrainę amerykańskich danych wywiadowczych, całkowicie skompromituje Stany Zjednoczone, tracąc zaufanie wszystkich sojuszników, przede wszystkim azjatyckich.

Nawet bez wspólnej obrony oraz instytucji zdolnych sprostać dzisiejszym wyzwaniom Unia Europejska jest Stanom niezbędna. Od wojny secesyjnej nigdy bowiem nie były one tak podzielone, podczas gdy Europa nigdy, również za czasów Cesarstwa Rzymskiego, nie była bardziej zjednoczona.

Biały Dom nie może tego lekceważyć. Właśnie dlatego wysłanie na Grenlandię europejskich żołnierzy, nawet garstki, liczy się znacznie bardziej, niż mogłoby się wydawać. Oznacza bowiem, że jesteśmy gotowi z bronią w ręku strzec suwerenności europejskiego terytorium przed próbami aneksji siłowej.

Przesłanie jest tak jasne, że Donald Trump wolał wrócić do straszenia cłami. W obliczu rychłych wyborów połówkowych, spadku poparcia w sondażach i faktu, że 83% Amerykanów nie zgodziłoby się nawet na zakup Grenlandii, Trump nie jest gotów zaryzykować zbrojnej konfrontacji z europejskimi sojusznikami Ameryki.

Unia Europejska musi być znacznie bardziej aktywna.

Nie powinna się reformować, lecz wymyślać się na nowo.

Pracy jest mnóstwo, ale przestańmy koncentrować się tylko na słabościach i lekceważyć nasze mocne strony. Przestańmy wieszczyć, że zwycięstwo Zjednoczenia Narodowego we Francji i AfD w Niemczech jest nieuniknione. Przestańmy mówić, że wszystko już pozamiatane, skoro zamiast ugiąć się pod ciężarem tak wielu wyzwań, ciągle się wzmacniamy – owszem, może nie wystarczająco – ale znacznie bardziej, niż nam się wydaje.

Zdjęcie: Polina Tankilevitch

English Français Deutsch